December 18th, 2017

Удивительные белые вина из предгорий Малых Карпат: винодельня «Pavelka»



Самое точное слово для определения словацких вин из малокарпатского региона – «нежность»: они не такие яркие, как вина Пьемонта или Венето, не столь изысканны, как вина Эльзаса, и в насыщенности уступают благородным напиткам Матры и Бадачони – но они по-своему прекрасны и удивительны; понять их не трудно, надо всего лишь найти «своё» словацкое вино – и тогда мир словацкого виноделия откроется перед вами всеми своими лучшими сторонами!



Среди белых вин винодельни «Pavelka» есть традиционные для Малых Карпат сорта – велтлинске зелене, рислинг влашски, рислинг рынски, шардонне – весьма, надо сказать, достойного качества – но среди этих, вне всяких сомнений, прекрасных вин есть два, которые, на мой взгляд, безусловно стоят того, чтобы упомянуть их отдельной строчкой.



Это, во-первых, пино блан урожая 2013 года – полнотелое и гармоничное вино золотистого цвета с лёгкими ароматами персика и грейпфрута, с приятным фруктовым вкусом и долгим устойчивым послевкусием, и, во-вторых, траминер червены, тоже урожая 2013 года – несмотря на название винограда, из которого делают это вино, оно относится к белым сортам. Вино просто потрясающее! Цвет – нежно-золотистый, с легким оттенком зеленого, вкус – насыщенный, с ароматами абрикоса и мёда, аромат цветочного луга с приятным пряным послевкусием, характерным для великолепных траминеров Матры. Это бриллиант в короне вин винодельни «Pavelka»!



Если, паче чаяния, вам на глаза где-нибудь попадётся это вино – не раздумывая, покупайте, это амброзия, которую пили боги Олимпа в те времена, когда человек еще не научился мешать спирт с водой, красителями и ароматизаторами, дабы потом выдавать это тошнотворное пойло за вино…

„Pełno nas, a jakoby nikogo nie było…”o współczesnej poezji polskiej słów kilka.



1.Pokolenie Nowej Fali i Nowej Prywatności przechodzi do lamusa.
Aby zrozumieć obecną literaturę a w szczególności poezję musimy poznać literaturę
twórców rocznika 50/60. Protoplastów nurtów zwanych Nową Falą i Nowej Prywatności.
W latach osiemdziesiątych zaczytywaliśmy się twórczością poetów,których zaliczaliśmy do
klasyki a sławnych na świat cały czyli Miłosza,Szymborskiej czy Herberta co nam niczym
latarnie w mrokach dziejowych stanu wojennego świeciły. Jednocześnie bliskie naszym
buntom były poezje Mirona Białoszewskiego,Andrzeja Bursy,Wojaczka czy Edwarda
Stachury. Nowa Fala tak bardzo pompatyczna i ideowo ojczyźniana. Wzlatywała ku
niebu,ku muz panteonu babrając się w śmietniku ludzkiego bytu.
My pokolenie buntu lat osiemdziesiątych, kontestowaliśmy naszą siermiężną
rzeczywistość, którą starano się nam ułożyć wbrew naszym marzeniom i pragnieniom.
Alienacja w kontestację szarej codzienności,w wewnętrzne spory i wyobrażenia oraz
religijność w czym pomagała twórczość księdza Twardowskiego czy Karola Wojtyły.
Chcieliśmy być bliżej samych siebie i naszego otoczenia odrywając się od Nowej Fali i ich
poetyki. Uciec w swoją odrębną i indywidualną Prywatność. Wielu poetów wypracowało
swój schematyzm tworzenia poszukując czegoś nowego w pojmowaniu wspomnianej
prywatności.
W sensie artystycznym orientacja ta początkowo odcinała się od Nowej Fali, formułując
program pisarstwa osadzonego w realiach peryferii, a nie wielkiego miasta, i
przedstawiającego jednostkowe przeżycia w opozycji do postulatu społeczno-politycznego
zaangażowania. Nazwa pokolenia odzwierciedlała więc założenia poezji prywatnej,
skoncentrowanej na egzystencjalnym wymiarze jednostkowego bytu. Czasami prywatność
nie oznaczała tu jednak jedynie indywidualizmu, ale również pamięć zbiorową czy
rodzinną.
Program kontestacji postawy społecznego zaangażowania poetów wynikał z przekonania,
że poezja nie posiada realnej mocy wpływania na rzeczywistość społeczną. Kwestię tę
eksponowali: Antoni Pawlak („Czy jesteś gotów”, „Grypsy”, „Brulion wojenny”), Tomasz
Jastrun („Na skrzyżowaniu Azji i Europy”, „Biała Łąka”, „Czas pamięci i zapomnienia”), Jan
Polkowski („To nie jest poezja”, „Ogień”, „Drzewa”), Leszek Szaruga („Nie ma poezji”,
„Przez zaciśnięte zęby”, „Po wszystkim”).
Istotnym kręgiem zainteresowań tej generacji poetyckiej były kwestie moralne,
jednocześnie jednak twórczość tę cechowało swoiste rozdarcie pomiędzy dwoma
sprzecznościami. Z jednej strony eksponowało się tu prywatność, z drugiej – wpisanie w
bieżącą historię. Konkret mieszał się z parabolicznym uogólnieniem, metafizyka z biologią.
Te antynomiczne kierunki widać np. w poezji Bronisława Maja („Taka wolność”,
„Zmęczenie”, „Album rodzinny”, „Zagłada świętego miasta”), Krzysztofa Lisowskiego
(„Próba obywatelstwa”, „Drzewko szczęścia”, „Ciemna dolina”), Andrzeja Kaliszewskiego.
Rozdarcie szkół poetyckich dekady lat 70. – zwłaszcza Nowej Fali i Nowej Prywatności –
zostało „wzmocnione” rozproszeniem lirycznych poszukiwań. Po raz kolejny ujawniły się
tendencje do kontynuowania poezji estetyzującej i kreującej światy zastępcze, poezji
neoklasycznej, na różne sposoby tradycjonalnej itp. Z jednej strony klęski „ideowe” poezji,
z drugiej „choroba powtórek” bądź skłonności do hermetycznego lub jałowego lingwizmu
spowodowały, że po 1970 roku sytuacja liryki pozostaje raczej trudna do określenia i
powszechnego przyswojenia. Myślę jednak, że jest to przedłużająca się sytuacja przełomu
literackiego, kiedy odchodzi w Krainę Cieni stara formacja kulturowa, a w nazbyt
pogmatwanej i złożonej rzeczywistości zmiana warty nie może dokonać się szybko i
płynnie. Okazuje się jak gdyby, że wyartykułowanie nowych słów i postaw tym razem było
trudniejsze niż dawniej. Pomiędzy 1975 a 1980 rokiem debiutowało około 350 poetów,
liczba około 80 nowych nazwisk rocznie stała się „rutynowa”.
Pomiędzy skrajnościami Nowej Fali i Nowej Prywatności szukali sobie miejsca liczni poeci
nie mieszczący się w kanonach wyżej wspomnianych grup np. Ewa Lipska czy –
powiedzmy – autentyści z grupy Nadskawie lub ich młodsi koledzy z grupy Tylicz. Były to
jednak, niestety, formacje zakrzyczane przez dominantów.
Sytuacja wspomnianego przełomu literackiego sprawia, że outsiderzy lat 70. i 80. wciąż
się nie stali klasyczni, nie weszli w szeroki obieg społeczny, zostali zadeptani przez
pędzących ku szczytom sławy ruchu młodo-poetycki.
Bezlitosnych graczy kupna i sprzedaży wolnego rynku zysków i strat dla których literatura
to tylko towar w szokujacym opakowaniu.

2.Pokolenie „Nic” lat dziewięćdziesiątych
Za wstęp do opisu pokolenia post komuny i post solidarnościowego niech posłuży wiersz
Andrzeja Bursy „Nic”
On jest nic
on się nie liczy jego nie ma
może tylko
marynarka
zbyt luźne spodnie
potworne czarne półbuty
mogą wzbudzić odrazę lub politowanie
ale twarz nieważna
ręce nieważne
nieważne oczy i usta
godzinami wyczekuje przed bramą
w nadziei
że znajdzie się po drugiej stronie
ale przecież on jest Nic
więc to wszystko jedno
po której stronie
niczego nie będzie
czytając gazetę
kurczy jak ślimak swoją znikomość
lub nadyma jak paw swoją nicość
mimo że gazety dotyczą rzeczy istniejących
a jego nie ma
mówi
lecz nikt go nie słyszy
dźwięk jego głosu jest nieważny dla ucha ludzkiego
bo on jest nica raczej jego nic nie ma
mimo że jada obiady
mimo spodni i półbutów
mimo że czasami
ma nawet dobry humor.
Pokolenie „brulionu” to generacja twórców urodzonych około 1960 roku, którzy
koncentrowali się wokół niezależnego czasopisma „bruLion” i debiutowali na początku lat
90. Wspomniane pismo redagowane było przez Roberta Tekielego, ukazywało się
nieregularnie w latach 1986-1999 i początkowo miało charakter zdecydowanie
skandalizujący.
Formacja „bruLionu” posiadała niesformalizowany program, a raczej wyłącznie silne
postanowienie (antyprogramowość) o konieczności całkowitego zerwania z koncepcją
literatury zaangażowanej. Obiektem kontestacji stały się nie tylko wzorce patriotyczne, ale
również tradycyjna obyczajowość i narodowe stereotypy. Pokolenie to przywiązywało
ogromną wagę do indywidualnych doświadczeń, również tych najprostszych, zarówno
cielesnych, jak i emocjonalnych. Odwoływało się do zjawisk charakterystycznych dla
kultury masowej, a także swobodnie operowało poetyką postmodernistyczną (pastisz,
parodia, ironia, intertekstualność).
Z pokolenia „bruLionu” wywodzi się wielu znaczących poetów i prozaików. Spośród tych
pierwszych warto wymienić np.: Marcina Świetlickiego, Marcina Barana, Krzysztofa
Jaworskiego, Krzysztofa Koehlera, Jacka Podsiadło czy Marcina Sendeckiego.
Poezja ta całkowicie odcięła się od literatury tzw. wielkich idei i wielkich, wspólnych
wartości. Podsiadło i Świetlicki sięgnęli po strategię skandalu i prowokacji. Zarówno język,
jak i problematyka ich twórczości nie aspirowały do tzw. twórczości wysokiej. W wierszach
tych nie brakował wulgaryzmów i akcentów anarchistycznych.
Podsiadło był poetą niesłychanie płodnym, którego wczesną poetykę najlepiej określa
termin „o'haryzm” (konstruowanie świata poetyckiego z elementów kultury masowej:
reklamy, telewizji, fragmentów prasy oraz skupienie się na piszącej jednostce) oraz
inspiracje twórczością Stachury. Można tu wymienić tomy takie jak np.: „Nieszczęście
doskonałe”, „Odmowa współudziału”, „Tak”, „To all the whales, I’d love before”.
Świetlicki z kolei – oprócz radykalnego odrzucenia historii, polskiej martyrologii i
zaangażowania w tomach takich, jak „Zimne kraje”, „Zimne kraje II”, „Zimne kraje III” – dał
się również poznać jako poeta przestrzeni miejskiej. Już same tytuły jego tomów wskazują
na obiekty zainteresowania artysty, będące częścią składową eksplorowanej prywatnej
egzystencji, np. „37 wierszy o wódce i papierosach”.
Jeśli chodzi o prozę, wśród najważniejszych twórców pokolenia „brulionu” znajdują się:
Izabela Filipiak, Natasza Goerke, Olga Tokarczuk, Manuela Gretkowska, Andrzej Stasiuk
czy Magdalena Tulli. Ważnym dla tej formacji zjawiskiem była proza kobieca, analizująca
specyfikę kobiecej psychiki, ale też zrywająca z tradycyjnym, stereotypowym
postrzeganiem płci.
Gretkowska („My zdies’ emigranty”, „Tarot paryski”, „Namiętnik”), Goerke („Fractale”), Zyta
Rudzka („Białe klisze”. „Uczty i głody”) czy Filipiak („Śmierć i spirala”, „Absolutna
amnezja”) często posługiwały się obyczajową prowokacją, odważnie podchodziły do
tematu seksu i cielesności.
Jednocześnie charakterystyczną cechą narracji prozy lata 90. było odejście od realizmu w
kierunku kreowania światów mitycznych, prywatnych. Tak działo się w prozie min.: Olgi
Tokarczuk („Podróż ludzi księgi”, „E.E”, „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom
nocny”), Andrzeja Stasiuka („Opowieści galicyjskie”, „Przez rzekę”, „Dukla”) czy
Magdaleny Tulli („Sny i kamienie”, „W czerwieni”, „Tryby”).
W takim „polustracyjnym” krajobrazie było w latach 90. miejsce dla młodych. I zostało ono
znakomicie wykorzystane. Po pierwsze, pojawiło się wiele pism związanych z młodą
literaturą. „Akant”, „bruLion”, „Czas Kultury”,„Fa-art”, „Fraza”, „Fronda”, „Nowa Okolica
Poetów”, „Nowy Nurt”, „Przegląd Artystyczno-literacki”, „Pracownia”, „Topos”, „Tygiel
Kultury”... A między tym wszystkim tzw. art-ziny i fan-ziny – pisemka powielaczowe
stanowiące model nowego undergroundu, już raczej nawiązujące do wolności typu
hippiesowskiego, a nie antypeerelowskiego. Było ich tak wiele, że niektóre już nie istnieją.
Bunt młodych słabo korespondował z rzeczywistością, z realnymi problemami dorosłego
społeczeństwa. Polityczne zagrożenia przeszłości znikły, życie kulturalne się
spolaryzowało i spluralizowało. Czego więc dotyczy alternatywa? Oczywiście wciąż tego
samego: mieszczańskich uzusów i społecznie sankcjonowanych reguł gry. Ale te uzusy i
reguły przeżyły rewolucję w ostatnich latach, więc filozofia samizdatu i dziecinnego
pokazywania języka, filozofia totalnej anarchii też chyba powinna przejść przynajmniej
rewolucję? Żeby jednak burzyć całą ortografię społeczną – trzeba ją najpierw mieć. Rzecz
w tym, że może istotnie młodzi jej nie mają, że jest to kod starszych pokoleń, a oni, szpetni
dwudziestoletni, czują się bez miejsca na ziemi? Jakaś postkomuna kłóci się z jakąś
postsolidarnością, wszyscy cały czas żonglują jakimiś argumentami w jakichś sprawach –
a młodzi czują, że to nie ich świat. Dziś znowu są tylko pokoleniem bez historii, młodszymi
braćmi kombatantów ze studenckich strajków i klubów. Ale kultura studencka – ta wielka,
ta kreatywna – rozpadła się. Co w to miejsce? Nowe subkultury.
Dla nowych roczników wszystko zaczęło się w latach 80. od odkrycia amerykańskiego
ganga-rap. Na scenach występowali niepokorni, co głównie objawiło się w amerykańskim
sznycie i tym, że ktoś znowu pokazał władzy z estrady goły tyłek. Nadchodziła wysoka fala
muzyki techno i hip-hopu, na osiedlowych alejkach kwitła kultura skaterów, blokersów i
normalsów, dorastało Pokolenie X zwane za chwilę Pokoleniem Nic, a wielkomiejskimi
arteriami przechodził nowy karnawał, tym razem noszący maskę Love-Parade. Tak, my
mieliśmy pochody 1-Majowe, nasze dzieci mają Love Parade. Wszystko, co leży między
tymi biegunami jest także cechą pokoleniowej amplitudy poetyckiej.
No cóż, za każdym razem, gdy kolejne pokolenie odbiorców sztuki włącza hamulce –
kolejne pokolenie artystów rozpina pasy bezpieczeństwa i daje czadu.
Tym razem zatriumfował styl kontestacji pełen nonszalanckiego luzu i szpanu
bezpruderyjnej swobody. Wyzwolenie, obscena, wulgaryzmy stały się podstawowymi
narzędziami tego stylu, jego specyficznym kodem. Ucieczka od „języka serio” oraz od
„automatycznych tworzydeł” nastroju, patosu, świętości – tradycyjnego modelu
emocjonalizmu i estetyzmu – stała się programem. Stąd przeciwna strona barykady
muzycznej, czyli disco-polo była traktowana wręcz jako zdrada i kompromitacja
zbiorowych ideałów.
Cała ta formacja, zwłaszcza debiutująca w art-zinach i fan-zinach poszła na kpinę, luz,
prześmiewczość i odwrócenie się od tradycji oraz świata swoich ojców z jakimś
bezlitosnym, dadaistycznym rechotem.
Z drugiej strony były środowiska „bruLionu” czy „Frondy” – ostro prawicowe – które
stanowiły jakby pokoleniowe przedłużenie buntu solidarnościowego, wymierzonego we
wszystko, co trąciło dawną lewicą i Peerelem (w ogóle lewicowość przestała być wśród
młodzieży trendy). Zdawało się po 1989 roku, że ten mechanizm upadnie. Że artyści na
łamach artystowskich pism będą się kłócić np. o sens koloru w malarstwie czy
egzystencjalizmu w literaturze. A skądże! Artyści kłócą się wciąż na klepisku ubitym przez
politykę. Tu jest postkomuna, a tam antykomuna, tu prawica, a tam lewica, tu obrońcy
wartości chrześcijańskich, a tam przedstawiciele kultury śmierci.
Młodzi poeci zajęli swoje stanowiska po lewicy i po prawicy; prawidłowo, gdyby nie fakt, że
ich bunt jest w większości przypadków kopaniem piłki do jednej bramki i to według gotowej
ściągawki z salonowych rankingów. Karty są rozdane. Żadna niepokorna myśl się nie
przedrze. Bunt jest rozpisany na role, głosy, argumenty. Spróbuj podskoczyć!
Jest to osobliwa szamotanina. Niemal cała „polityczność” młodej poezji odnosi się do
przeszłości lub jest wzorowana na jej schematach i namiętnościach, zaś cała niezależność
i wolność tejże poezji jest rodzimą odmianą nonszalanckiego „izirajderstwa” i hasła „cool”
wyhaftowanego na sztandarach filozofii życiowej. Jestem w nastroju nieprzysiadalnym –
napisał kiedyś Marcin Świetlicki i to niepozorne zdanie może być traktowane jako dewiza
pokolenia. Ono nie chce się przysiąść do nikogo i do niczego.
Twierdzę, że młodzi – jak na razie – nie znaleźli w sobie siły, by wyartykułować tzw. trzeci
głos. Głos ponad starymi dychotomiami, antynomiami i układami. Głos wynikający z
samodzielnej oceny polskich powikłań, samodzielnej wizji polskich szans.
Jest jeszcze inna perspektywa. Może rzeczywiście generacja „zbuntowanych” debiutantów
z lat 90. i ich następcy powinni otworzyć nowy rozdział kultury: ignorować to, co hasłowo
nazywam „polską rzeczywistością”. Ignorować literaturę „obowiązku obywatelskiego”.
Złożyć wreszcie broń wszelkiej walki i zająć się „rzeczywistością uniwersalną”. Sensem
istnienia – bez polityki, etyką – bez historii, życiem – ale własnym. Może nowa literatura
powinna stać się literaturą zwierzeń, a nie rozliczeń, miłości – a nie walki, słuchania – a
nie krzyczenia, poznawania – a nie pouczania...? Może. Tylko wtedy wszelki bunt i butę
należy odłożyć do lamusa jako rekwizyty z innego świata.
Trzeba anty-kulturowość i anarchizowanie uznać za „ćwiczenia wieku młodzieńczego”,
trzeba odnaleźć w życiu, w losie tę skalę dramatu, o jakiej umieli pisać Jarosław
Iwaszkiewicz, Mieczysław Jastrun czy Zbigniew Herbert. Program „nowego hamletyzmu”
byłby zapewne bardziej owocny niż demonstracja wyleniałego buntu.
Ale bunt nie przemija, bunt się ustatecznia – jak pisał Grochowiak. Klasyczni dawni luzacy
jak Marcin Świetlicki czy Jacek Podsiadło zaczynają być coraz bardziej poważnymi i
liczącymi się poetami. Dobrymi poetami. I poza owym nachalnym upolitycznieniem a
naiwnym wygłupem młodej poezji wyrasta jednak las nazwisk nie dający się ująć w żadną
deprymującą formułkę. Bo dziś nie ma już grup programowych, nie ma poezji manifestów,
nie ma szkół ani nurtów koncepcyjnych czy formalnych. Postmodernizm zrobił swoje.
Młodzi mogą tworzyć wspólnotę wokół pisma, które ich promuje, mogą nawet w tej
wspólnocie poczuwać się do powinowactwa światopoglądowego, ale chcą pisać na własny
rachunek. Tradycja została dorżnięta jak stara, wysłużona kobyła. O Peiperze mało kto
wie, o Przybosiu się nie pamięta, Grochowiaka niemal w ogóle się nie publikuje, o
Brzękowskim czy Zagórskim słyszeli tylko poloniści, Skamandryci żyli trzysta lat temu,
Białoszewskiego zakasowali późniejsi lingwiści, wiersz „postróżewiczowski” czy
„postherbertowski” nie jest już żadnym modelem, który można świadomie wybrać i
kultywować... Tu może jest gdzieś ścieżka stanowiąca początek owej trzeciej drogi. Nie
potrafię jej nazwać. Ale wiem, że poeci Świetlicki i Podsiadło, Bożena Ptak i Marcin Baran,
Eugeniusz Tkaczyszyn i Jarosław Mikołajewski, Andrzej Sosnowski i Ewa Sonnenberg,
Janusz Drzewucki i Marzenna Kielar, Lilla Latus i Agnieszka Herman...
W końcu najmłodsi, np. Agnieszka Lisak, Agnieszka Wesołowska, Przemek Szubartowicz,
Jerzy Franczak... to oni, to ci z wielu, do których nie odnoszą się kąśliwe uwagi
powyższego tekstu.
I jest opolanin Tomasz Różycki – może od niego zacznie się „nowe pokolenie”, na jakie
czekam?
Jedno jest pewne. W latach 90. wraz z kulturą i formacją PRLu minął pewien porządek
literacki. Niezbędny był remanent i orzeźwiająca kąpiel. Trochę wylano dzieci z tą kąpielą,
trochę manka dopisali nadgorliwi rewizorzy, a resztę dokonała biologia, która wypuściła na
ring miot młodych chartów i owych tratujących ziemię bizonków... Za odchodzącymi
klasykami patrzymy – niezależnie od ich orientacji światopoglądowej i politycznej –
stęsknionym wzrokiem, ich młodszych braci postrzegamy jako stracone pokolenie, a tych
najmłodszych nie rozumiemy. Jak zwykle. Ale i im trudno się określić w tym koszmarnym
rozchwianiu aksjologicznym, pośród erozji etosów, rozpadu modeli i wzorców, na
przełomie tysiącleci. Może to jest jakaś odmiana dekadentyzmu sprzed stu lat?
Podobno nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale jestem pewien, że obecne
przesycenie różnorodnością spowoduje powracanie do klasyki buntu w postaci twórczości
Stachury, Białoszewskiego czy Wojaczka. Wzorców które ustalają strony jasne i czytelne
jak choćby dobro i zło.
Nasza poezja i proza, ta młoda i najmłodsza , tez dojdzie do wniosków, że odkrywanie
prawdziwej dzisiejszej rzeczywistości ojczystej i prawdziwych ludzkich spraw jest
nieporównywanie ciekawsze od tych podróży wokół własnego ja ,które z zapałem godnym
lepszej sprawy odbywają współcześni pisarze.
Alternatywą bowiem jest tylko dalsza stagnacja i babranie się w sadzawce nudnego
schematu płytkiego bajorka egocentryzmu z którym niewielu się nie utożsamia.
Stachura kiedyś napisał w „Całej jaskrawości”; „Co za cuda ja tu opowiadam? To właśnie
Cud. Poniosło mnie znowu, w tej tym razem tradycyjnej postaci, moje gorą ce,
niewymowne i niepoprawne pragnienie cudu. Żeby nagle, Santa Polonia ozdrowieli
wszyscy na ciele i na umyśle i żeby wreszcie, Santa Polonia, było tak, jak powinno być.”
Na koniec podsumowanie obecnego literackiego pokolenia wygłoszonego przez krytyka
literatury Andrzeja Waśkiewicza
Z cywilizacji niedoboru weszliśmy do cywilizacji nadmiaru, z wszystkimi konsekwencjami.
Nie sztuka wyprodukować, sztuka sprzedać. Tylko niewiele produktów zdolne jest
funkcjonować jako towar. A wytwórcy opłacani są procentem od zysku. Jak nietrudno się
zorientować, niekoniecznie są to ci, który wytwarzają towar w najwyższym gatunku.